Wspomnienie o Andrzeju Lewickim w 30-tą rocznicę śmierci

Andrzeja poznałem na pierwszym roku studiów (1974-75r). Studiowaliśmy obaj na Wydz. Mech. Politechniki Krakowskiej, ale w różnych grupach i dopiero kurs przewodnicki SKPG i pózniejsza działalność w komisji turystyki na wydziale sprawiły, że mogliśmy poznać się bliżej. Organizowaliśmy rajdy wydziałowe, narciarskie mistrzostwa wydziału, prowadziliśmy trasy na rajdach PK itp.
Andrzej interesował się turystyką od dziecka i były to zainteresowania bardzo szerokie. Przysłowie mówi, że w miarę jedzenia apetyt rośnie i tak właśnie było w przypadku kontaktów Andrzeja z górami. Najpierw Beskidy - kurs SKPG i uprawnienia przewodnickie na te właśnie grupy górskie, ale niemal równocześnie duże zainteresowanie wspinaczką i Tatrami. Wyjazdy w skałki, kurs wspinaczkowy w KW Kraków, wspinaczki w Tatrach i marzenia o wyjezdzie w góry wyższe. Zresztą, kto z nas wychowanych na lekturze Niepotrzebnych zwycięstw Lionela Teray'a, Annapurnie Herzoga czy też Kunyang-Chishu - Andrzeja Zawady, nie marzył o wyprawach w góry wysokie. 
Gdy więc nadarzyła się pierwsza okazja - wyprawa SKPG w Hindukusz kierowana przez Marka Radwańskiego - nie mogło nas tam zabraknąć. Czasu było bardzo mało, gdyż Marek podjął się organizacji wyprawy w trybie awaryjnym - po tragicznej śmierci Janusza Kondyjowskiego przygotowującego wyprawę SKPG w Himalaje Zachodnie. Od momentu, gdy znalezliśmy się z Andrzejem na liście uczestników, wszystkie nasze działania zostały podporządkowane wyprawie. Organizowaliśmy pieniądze, sprzęt, żywność dbając równocześnie o kondycję (biegi na Kopiec, wyjazdy w skałki, zgrupowanie w Tatrach) oraz o zaliczenia na uczelni, gdyż bez nich uzyskanie podpisu dziekana na wniosku paszportowym było niemożliwe. W przygotowaniach tych Andrzej dał się poznać jako dobry organizator, aktywny uczestnik wszystkich starań, w szczególności o sprzęt i części zamienne do najnowszego produktu polskiej motoryzacji transportowej - Stara 200, którego po różnych staraniach udało się Markowi załatwić jako środek transportu. Pojazdem tym odebranym wprost z taśmy produkcyjnej mieliśmy odbyć liczącą kilkanaście tysięcy km podróż do Nuristanu. Uwarunkowania komunikacyjne i finansowe lat 70-tych ubiegłego wieku powodowały, że wyprawa nasza miała charakter niemalże wyprawy narodowej: ciężarówka ze sprzętem i żywnością na 2 miesiące dla całej ekipy i 11 osób na skrzyni tej ciężarówki plus trzy osoby w kabinie. Cytując słowa przyśpiewki z Kabaretu SKPG : 

Rośnie serce, rośnie dusza,
Dziś wyprawa nasza rusza,
Baby dwie i chłopów harem,
Do Afganistanu Starem.

Swoisty romantyzm tej wyprawy bardzo dobrze współgrał z niezwykłym spokojem i opanowaniem Andrzeja. Zawsze uśmiechnięty, nigdzie się nie spieszył z lekko ironicznym uśmiechem dokładnie wykonywał wszystkie czynności. Z właściwą sobie "flegmą" wpasowywał się w klimat regionu, do którego zmierzaliśmy, komentując uwagi zwrotem "spokój Wschodu..." a pózniej, gdy opanował kilka wyrazów w narzeczu farsi mawiał "parua nez, szumo..." (zapis fonetyczny).
A trzeba nam było tego spokoju po drodze i w samym Kabulu dosyć dużo. Najpierw w Sofii zgubił się Bongo (Wojtek Semkowicz), pózniej zatrzymali nas przez 3dni na granicy turecko-irańskiej za brak pieczątek wjazdowych w paszportach, aż wreszcie w Kabulu okazało się, że nasze pisma gdzieś zaginęły w miejscowych urzędach i zgodę na wyjście w góry trzeba było załatwiać od nowa. Niecierpilwe oczekiwanie na wyjazd do Nuristanu (Kraina światła) skracaliśmy sobie zwiedzając Kabul, włócząc się po "black bazarze", czy też pichcąc posiłki na wybuchających benzynowych "juwlach". Marek Radwański z Basią Skawińską biegali po urzędach załatwiając konieczne papiery umożliwiające wyjazd w góry. 
Wreszcie nam ulżyło - wyruszyliśmy z Kabulu i po dwóch dniach jazdy dotarliśmy do Barge-Matal. W Barge-Matal 3 dni trwały targi o karawanę. Razem z Andrzejem siedzieliśmy jak na szpilkach, aż wreszcie Marek zgodził się abyśmy poszli na mały rekonesans. Chcieliśmy wejść na widoczną nad wioską od strony wschodniej grań. Szybko przekonaliśmy się na czym polega różnica w ocenie odległości w prawdziwych górach, gdy człowiek przyzwyczajony jest do skali tatrzańskiej. Po kilku godzinach zawróciliśmy nie mając nawet nadziei na wejście na grań. 
Następne dni pokazały, że tworzyliśmy z Andrzejem zgraną dwójkę, czy to pokonując ze sprzętem dwukrotnie w ciągu jednego dnia ostatni odcinek karawany (po buncie nafarów), czy też w czasie rekonesansów i wspinaczek w ramach działalności górskiej. W ramach rozpoznania terenu wokół bazy weszliśmy po fajnej skalnej wspinaczce na leżący naprzeciw głównego celu wyprawy Koh-i-Parshui (6010m npm), bezimienny wierzchołek o wys. 5300. Andrzej prowadził w czasie tej wspinaczki. Przekonałem się jak mocno bił haki, bo miałem problemy z ich wyciąganiem. Jeden tytanowy hak został w ścianie i "Gęś" (Konrad Gąsiorowski) miał do nas pretensje (bo był to jego tytan). Wspominam o tym, bo gdy w rok pózniej (byłem wtedy w Berlinie na praktyce) dostałem telegram o treści: "Andrzej Lewicki nie żyje pogrzeb we wtorek" - pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: wypadek samochodowy, bo nie wyobrażałem sobie, że ktoś kto tak mocno się asekurował mógł nie przeżyć odpadnięcia. Pózniej dowiedziałem się, że asekuracja wytrzymała, a Andrzej przeżył upadek. Zmarł, ponieważ pomoc dotarła dopiero po dwudziestu kilku godzinach. W nocy nastąpiło gwałtowne załamanie pogody połączone z obfitym opadem śniegu (było to z 30 na 31 sierpnia!). Ratownicy dotarli do niego ok. godz. 14-tej następnego dnia. Andrzej zmarł na plecach ratownika w czasie zjazdu z Kazalnicy. Wróćmy jednak w Hindukusz.
Po przeniesieniu sprzętu i zaporęczowaniu wejścia w wiszący lodowiec, przez który prowadziła nasza droga na Koh-i-Parshui rozpoczęliśmy działania w kilku zespołach zmierzające do zdobycia góry. Wejście na szczyt tylko przez Marka i Konrada, i podjęta następnego dnia decyzja o wycofaniu się pozostałych uczestników ataku szczytowego, sprawiły, że Andrzej był bardzo zawiedziony. Z wielkim żalem zastosował się do decyzji kierownika wyprawy. Po zejściu do bazy, gdy inni przygotowywali się do jej zwijania, spróbowaliśmy z Andrzejem "na lekko - w adidasach i bez biwaku" zaatakować wznoszący się w północnej grani bezimienny wierzchołek w wys. ok. 5700. Po kilkugodzinnej wspinaczce w skalnym, ale dosyć łatwym terenie (bez wiązania, aby nie opózniać), byliśmy jak sądzę w połowie drogi. Niestety, moje złe samopoczucie spowodowało, że po dłuższej przerwie i zastanowieniu postanowiliśmy się wycofać. Długo nie mogłem sobie darować, że uniemożliwiłem Andrzejowi zdobycie prawdopodobnie dziewiczego wierzchołka, ale czułem się naprawdę fatalnie i nie byłem w stanie wspinać się dalej.
Szkoda, że nie mogliśmy przebywać dłużej w górach. Opłata za każdy dzień pobytu wyczerpała możliwości finansowe wyprawy. Trzeba było pożegnać Hindukusz. Nie myśleliśmy wtedy, że na zawsze.
W drodze powrotnej, na pace Stara snuliśmy marzenia, że kupimy używany samochód dostawczy (choćby "nysę" albo "żuka"), zrobimy go i będziemy mieli czym jezdzić na następne wyprawy w góry. Po powrocie do kraju, Andrzej doszedł do wniosku, że odpuści sobie rok na uczelni, popracuje w warsztacie samochodowym u ojca, powspina się, zrobi "szkołę zimową"... 
Dużo czasu spędzał w Tatrach. Wspinał się na Mnichu, Mięguszowieckim, Zamarłej, Kazalnicy. W ramach "szkoły zimowej" w kilkunastostopniowym mrozie wspinał się na Kieżmarskim i okolicznych drogach. Czasem pojawiał się na uczelni i aktywnie włączał się w działalność turystyczną. Prowadziliśmy wtedy trasę na Rajdzie Tatrzańskim Wydz. Mech. PK, a w maju 78 r. Trasę Rektorską Rajdu Politechniki (z zakończenia tego rajdu pochodzi załączone zdjęcie portretowe Andrzeja). 
W lutym i kwietniu 78r podjęliśmy dwie próby przejścia grani Tatr zachodnich od przełęczy Huciańskiej do Liliowego. Pierwsza z nich w zespole trzyosobowym Andrzej Lewicki, Jasiu Wiktor, Janusz Sułowski została przekreślona przez obfite opady śniegu. W ciągu dwóch dni nie udało nam się dojść od Huciańskiej Przełęczy do Brestowej! Po dwóch biwakach zeszliśmy z Palenicy Jałowieckiej w śniegu dosłownie po pas.
Drugie podejście do grani podjęliśmy we dwójkę z Andrzejem, znacznie ograniczając ilość sprzętu i żywności. Zamiast "turni" lekki namiocik bez tropiku, jedna menażka, jeden śpiwór wykorzystywany jako "noga słonia" dla nas obu. Plan - 3 dni . Wyruszając z Zakopanego rano pierwszy biwak mieliśmy na Brestowej. Drugi dzień był piękny słoneczny, nie traciliśmy czasu na ubieranie bo puchatki mieliśmy na sobie, a butów nie zdejmowaliśmy aby nie zamarzły. Po zwinięciu śpiwora i namiotu byliśmy gotowi do dalszej drogi. Drugi biwak na wierzchołku Wołowca. Ale już o zmroku pogoda zaczęła się psuć. Nad ranem obudził nas ucisk na klatkę piersiową. W nocy spadło tyle śniegu, że nasz namiocik załamał się - dobrze, że herbatę ugotowaliśmy do termosu wieczorem. Minimalna widoczność i silny wiatr. Wyruszyliśmy z opóznieniem. Na Jarząbczym wiało tak, że mieliśmy problem z nalaniem herbaty z termosu. Między Jarząbczym a Kończystym Andrzej wpadł po pas w szczelinę odpęknietego nawisu, którą zakrył świeżo nawiany śnieg. Na szczęście nawis nie runął, ale widoczność praktycznie ograniczała się do 3-4 m. Odpuściliśmy. Z duszą na ramieniu zeszliśmy przez Jarząbczą do Chochołowskiej. Na dole lało. Przenocowaliśmy w szałasie na polanie w nadziei, że wrócimy na grań, jeśli przestanie padać następnego dnia. Ale nie przestało. Jedyną rozsądną decyzją był powrót do domu.

Ostatni raz widziałem Andrzeja w dniu wyjazdu na obóz rekonesansowy SKPG w Prokletie. Andrzej przyjechał do Krakowa po sprzęt, bo następnego dnia jechał w Tatry powspinać się. Przenocował u mnie w domu. Do Zakopanego jechał PKS-em, a że miał jeszcze trochę czasu więc odprowadził Zosię Musielewicz i mnie na dworzec PKP skąd wyruszała cała ekipa SKPG. Tam pożegnaliśmy się zwyczajnie życząc dobrej pogody i ciekawych wrażeń w górach.
Było to nasze ostatnie pożegnanie....

Janusz Sułowsk