Swanecja 2012

(Tytuł artykułu nawiązuje do książki "A w dole Swanecja" Aleksandra Kuzniecowa, której fragmenty czytywaliśmy na tym wyjeździe, a która jest wspomnieniem o jednym z tutejszych bohaterów alpinizmu, Miszy Chergianim. W Mestii można zwiedzić jego muzeum - dom pełen pamiątek.)

Dzień 0

Dzień, jak na wyjazd, odpowiedni, trochę deszczem popłakuje...  trochę słoneczka - jak obietnica powrotu. Ruszam w kierunku lotniska. I znikam, nic już nie ma, zero, null. Ale nie dane jest zniknąć tak od razu -  start do Tbilisi się opóźnia, bo koło wymieniają  w naszej maszynie, przynajmniej taki komunikat dostajemy na warszawskim lotnisku. No to się integrujemy... Grupa bowiem jest nieco pomieszana, leci w tym dniu i tą trasą zarówno trzon grupy trekkingowej, jak i niektóre fragmenty grupy wspinaczkowej czyli uszbijskiej. Wreszcie wylatujemy. Mam nadzieję, że powrót pójdzie lepiej i sprawniej. Ale to za 12 dni. Na upartego - za 11, bo wracamy wczesnym porankiem.

[W takich butlach też są lokalne smakołyki.] Dzień 1.

Pierwszy dzień bez informacji, co w kraju – nie, żadnych gazet tu czytać nie będziemy, a i sieci nie zdybię, to naprawdę są wakacje...

Pozostaje więc poznawać ten nowy dla mnie kraj, Gruzję, napawać się nią... Taaa... Pierwsze godziny mijają jednak na napawaniu się snem czyli na nadrabianiu zaległości w spaniu. Krajobrazy zdecydowanie przegrały tę konkurencję, zresztą chyba u wszystkich. Budzi nas dopiero posiłek w okolicach Zugdidi – kierowca marszrutki (tak się powszechnie określa gruzińskie busy) przywiózł nas do jakiegoś zajazdu, zaproponowano nam lokalne smakołyki, przy okazji zapoznaliśmy się z lokalnymi toaletami... Cóż, kraj higienicznych dziur w ziemi, niech będzie, jakkolwiek są te dziury wyposażone również w najnormalniejsze spłuczki, przynajmniej w niektórych miejscach.

[Baszta] No to dalej w drogę, zacznie się chyba najciekawszy fragment tego przejazdu czyli droga do Mestii... Wjeżdżamy w Swanecję, pojawia się pierwsza baszta obronna, jedziemy wzdłuż długaśnego jeziora, bo i tama gdzieś tu powstała, jest coraz górzyściej i ciekawiej, nie zasnąć, nie zasnąć... No i oczywiście zasypiam. A podobno były mrożące krew w żyłach zakręty... Może i dobrą metodą jest ich przespanie? Zakręty i przepaście nie są jedynym elementem górzystej Swanecji: bardziej charakterystyczne są właśnie owe baszty mieszkalno-obronne, charakterystyczne jest również podkreślanie odrębności od Gruzinów. Widać to w posługiwaniu się językiem swaneckim, widać w postawach ludzi - jedna z mieszkanek Mestii przedstawiając nam swojego kilkuletniego synka powiedziała o nim "mały Swan".

[Główna ulica Mestii...] O rany, Mestia... Dziura na dziurze i dziurą pogania – a w każdej dziurze kałuża, a w każdej kałuży – krowa. OK, może trochę przesadzam, ale jednak krowy po mieścinie pałętają się niestrudzenie, leżą wzdłuż i w poprzek, auta toto wymijają i omijają, klaksony buczą, ludzie jakoś dziwnym trafem nie są ochlapywani wodą z kałuż, bo też i po dziurach z kałużami samochody po prostu muszą jeździć wolniutko, dookoła widać jeden wielki plac budowy, a my w tym wszystkim szukamy noclegu. Mamy jakiś namiar – niestety nie okazał się on szczęśliwy, trafiamy do gospodyni, która całą miną wyraża, że najchętniej by nas nie widziała – no to po co w ogóle przyjmowała „letników”? No nic, może się czepiam, może taka jej uroda, faktem jest jednak, że zdarzało nam się spotykać na tym wyjeździe gospodynie bardziej sympatyczne i gościnne. Kilkoro z nas trafia zresztą do drugiej kwatery – tam mają i sympatyczniejszą obsługę, i lepsze śniadanie, no trudno, nie będziemy im żałować, niech chociaż oni mają.

[Swaneckie kubdari] Pierwszy wieczór spędzamy w restauracji Uszba przy głównej ulicy, na pięterku. Z widokiem z jednej strony na masyw Banguriani, o któyrm wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy nic, a z drugiej, dla odmiany, na Tetnuldi, który się niektórym z nas czasami delikatnie marzył. Zresztą przepiękny, w bieli oświetlonej już zachodzącym słońcem, ech... Pałaszujemy oczywiście chinkali i chaczapuri, ale też dostajemy przysmak swanecki czyli kubdari – coś jak tutejsze chaczapuri, ale zamiast sera ma mięso z jakimiś dodatkami. Jako osoba tak jakby niejadająca mięsa zjadam tylko dwa kawałki... Kawałek to powiedzmy ćwiartka z placka wielkości talerza. Mniam... No i oczywiście wino, prosimy o domasznie czerwone, dostaje się nam domasznie białe, ale co tam, czerwone i tak można kupić u pana na ulicy, prosto z nyski, yyy, to znaczy pewnie nie była to nyska, ale coś w tym stylu. W każdym razie wino spożywane z dużej plastikowej butli, wśród tych wszystkich przechadzających się krówek oraz licznych podgrupek polskich turystów (podobno stanowimy tam 80% odwiedzających) stanowiło miłą okazję do zapoznawania się z kolorytem lokalnym.

Dzień 2.

[Zakupy i degustacja w "nysce"] Dzień miał się rozpocząć wcześnie... A nie, to tylko tak w Krakowie nam się wydawało, że trzeba będzie jakoś szybko się zebrać. W rzeczywistości należało odpocząć po trudach podróży – wyruszyliśmy w kierunku Lajli około południa. Po perypetiach związanych z poszukiwaniem przewodnika i koni. Tu akurat gospodyni posłużyła nam pomocą, zaprzęgnięta do tego pomagania uprzedniego wieczoru przez Dorotę i Grzesia, no i znalazła... Przewodnik i dwa konie, będą czekać na nas w Lezgarze, a co do ceny – dogoworim się. OK, to no się dogadamy... Dojeżdżamy więc marszrutką na miejsce (ta droga miejscami jest również nieco niepokojąca ze względu na bliskość krawędzi, tak tuż tuż przy kołach busika...), czekają dwa konie, nas jest dwunastka, a każdy koń weźmie tylko dwa plecaki... niektórzy od razu deklarują, ze sami sobie bagaż poniosą, ale i tak plecaków jest jakby nieco za dużo. Na szczęście przekonujemy poganiaczy, że nasze plecaki są lekkie – skoro koń może wziąć 50 kilo, to spokojnie może ponieść cztery sztuki, nie tylko dwie, uff, jakoś się udaje – wreszcie naprawdę ruszamy. Upał, akurat wczesne popołudnie, droga niby lekko tylko pod górę (na razie), ale za to w słońcu, no nic, byle do lasu...

[Nasze bagaże odjeżdżają...] Do lasu, w którym kiedyś pogubili się Estończycy (opis jest tutaj) – co zresztą było bezpośrednim powodem zamówienia przez nas owego przewodnika. Tymczasem jednak droga wydaje się prosta, w lesie jest w każdym razie wreszcie trochę cienia, są też ujęcia wody oby-pitnej, wyposażonej nawet w lokalne kubeczki, w sumie wycieczka z niewielkim plecakiem jest nawet całkiem przyjemna. Przynajmniej tak mogę ją ocenić z perspektywy czasu... Do przejścia mamy jakieś 1500 metrów w pionie.

[Nasza baza] Pojawiają się jednak pierwsze różnice zdań z naszym przewodnikiem – on chce, żebyśmy zanocowali przy zagrodzie po drodze, kilkaset metrów poniżej naszego zaplanowanego miejsca. A potem nas poprowadzi skrótową droga na Lajlę, bo ta wybrana przez nas to dłuższa, on zwykle chadza krótszą. Raki mamy, czekany mamy, to tak z nami pójdzie, a zanocujemy tutaj. Nieee, kręcimy głowami, my chcemy na 2700, tak ma być obóz. No to OK, wyprowadzą nas na 2700. Wyprowadzili... na środek pastwiska, spory kawał od strumienia, auuu, jak tu obozować bez wody??? Ofiarnie jeden z poganiaczy skacze po owa wodę, no ale to był chyba jedyny raz, kiedy się taką ofiarnością wykazał, potem już po wodę chodzili po prostu nasi panowie. Przyznaję, że ja nie chodziłam – i chyba żadna inna pani również nie... czy ja kiedykolwiek byłam zwolenniczką równouprawnienia??? Nie... :)

[Wschód słońca nad Kaukazem] Dzień 3.

Chyba dobrze, że się w końcu skończył ten dzisiejszy dzień.

Ale od początku: pobudka około czwartej, czwartej rano, żeby nie było wątpliwości! Potem – na lekko na Lajlę, nie będzie drugiego obozu, bo tam „konie nie przejdą”. Szkoda. Wyruszamy jeszcze po ciemku, na przełęcz, tam akurat czeka na nas wschód słońca, rozświetlający główny łańcuch Kaukazu, rozpromieniający Uszbę, rozzłacający niższe szczyty, ocieplający surowość widoku, oj, pięknie jest. Jesteśmy na jakichś 3100 metrach, teraz niestety czeka nas zejście 200 m i dalej, w stronę Lajli. Schodzimy więc pomstując nieco na tę utratę wysokości, po czym zostajemy dopadnięci przez pierwszy tego dnia deszcz. Mokrzy docieramy do miejsca, w którym właściwie moglibyśmy mieć obóz drugi, obozują tam jacyś Rosjanie. Po drodze widzimy wyraźne ślady koni, zresztą naszemu przewodnikowi też towarzyszy jeden jeździec na koniu – czyli jednak konie tamtędy przechodzą, co oni nam wmawiali??? Ociekamy już równo, ale trudno, idziemy dalej, powoli zresztą pogoda się stabilizuje – wystarczy ubrać p-deszcze, by deszcz ustał, wystarczy je zdjąć, by zaczęło chlapać na nowo...
[Droga przez śnieg.]

Pokonujemy jakieś potoki i jakieś grzbieciki, zaczynają się schody w postaci piargów – a cóż to za katorżnicza droga! Pojawia się też płat śniegu, przewodnik nakazuje ubranie raków, część z nas to czyni, no bo jednak po coś te raki ze sobą taszczymy, część po prostu obchodzi ten cały śnieg jakimś grzbiecikiem i wychodzi na tym lepiej i szybciej. No i po chwili mamy kolejne strome piarżysko, teraz to już naprawdę męczące. Oj.

Kiedy docieramy na grań, jest dość późno. Lajla widnieje przed nami, oddzielona już tylko kilkoma pipantami. I jedną przełęczą… No nie, znów gdzieś złazić i dopiero zaczynać całą akcje wspinaczkową??? Przewodnikowi jednak zależy, by chociaż część z nas w końcu na tę Lajlę dotarła, ostatecznie wędrują z nim cztery osoby. Reszta odprawia jeszcze sesję fotograficzną typu „ja na tle Lajli w deszczu”, „Lajla na tle mojego plecaka bez deszczu” itp., po czym zaczynamy odwrót. odwrót bez przewodnika… Taaa…

[Jeszcze jedna przełęcz...] No cóż, na szczęście Jacek miał GPS, Grzesiek miał GPS, jakoś wróciliśmy. Po drodze – same atrakcje: a to jęzory mgły wyłażące z doliny akurat w naszym kierunku, a to odgłosy i elektryczność burzy – najurokliwiej prezentowały się damskie czupryny pobudzone elektrycznie, a buczenie się wręcz słyszało w powietrzu. A samo schodzenie po tych piarżyskach… Skończyło się różnie – jedni mieli tylko siniaki, inni – nawet podarte spodnie. No ale wreszcie dotarliśmy do byłego „obozu Rosjan”, potem jeszcze tylko 200 metrów na przełęcz i 400 metrów w dół i będziemy w domu. Ta ostatnia przełęcz to już faktycznie tak na dobicie. Czy muszę dodawać, że znów przywitała nas deszczem?

Grupa szczytowa dotarła jakąś godzinę po nas – nieźle. Umordowani, ale szczęśliwi. Owszem, burzę zauważyli – na sąsiednim wierzchołku. Jakoś im się udało przed nią umknąć, a droga zejściowa poszła im o tyle szybciej niż nam, że mieli przewodnika – jednak się na coś przydał.

Przewodnik ten zapisał się w naszej pamięci jeszcze jednym szczegółem - rozumiem, że tam wszyscy chodzą w gumiakach, ale żeby na te gumiaki zakładać normalne ludzkie automatyczne raki?

[Ser prosto z zagrody] Dzień 4.

Wysoko się zaszwendaliśmy, mamy chłodniej, ale tego dnia znów świeci słońce – i nie mogło tak być wczoraj? Chociaż, prawdę mówiąc, po tych piarżyskach do góry w upale, to nie wiem… Teraz już czeka nas spacer w dół, po drodze jeszcze zsiadłe mleko w zagrodzie pasterzy, a co tam, wypijam dwa kubasy tego przysmaku, autentycznie jest to pyszne, potem jeszcze kupujemy ser, na koniec zostajemy poczęstowani kawałeczkami sera typu „bardzo słony” – aż nas wykręca na buziach. No dobrze, ruszamy dalej, by wreszcie na dole podgadywać się z przewodnikiem na temat zapłaty. Oj, ciężko idzie… Ostatecznie pomógł nam kierowca naszej marszrutki, który przekonał opornego przewodnika, że zapłata jest godziwa i zgodna z obowiązującymi na tym terenie cenami (to akurat wiedzieliśmy od pań z informacji turystycznej).

[Banguriani] Wieczór – w innej knajpie, nazwy nie znam, bo makaronikami wypisana, a alfabetu aż tak jeszcze nie opanowałam. Jakby na zapleczu głównego placu. Tego z czajnikowatym pomnikiem księżniczki. Znów tradycyjne swaneckie specjały, jeszcze się nam nie znudziły, nie. W postaci stałej oraz w postaci płynnej. Mówiąc o postaci płynnej mam oczywiście na myśli rosołek wylewający się z chinkali... Tyle że owe chinkali należy podobno jeść tak, by właśnie się ten rosołek NIE wylewał. Muszę się pochwalić, iż przy trzeciej próbie udało mi się tej sztuki dokonać - spałaszowałam przysmak bez uronienia kropelki. Mniam! I znów zaczynamy się rozglądać za przewodnikiem, albowiem marzy się nam wycieczka na Benguriona. Oj, no, oficjalnie to on jest Banguriani, ale zanim zapamiętałam tę nazwę, musiałam do nie wymyślić skojarzenie no i tak już mi zostało. Banguriani góruje nad Mestią, wysokość ma łatwą do zapamiętania, 3838 mnpm, no i tak jakoś kusi, by się z nim bliżej zapoznać. Na razie jednak w planie dzień odpoczynku w Mestii czyli ogólne pranie itp. i jakaś luźna wycieczka, na przykład do Uszguli, a potem - zobaczymy.

[Tuż przed Uszguli] Dzień 5.

Pięć minęło siedem pozostało. W kraju był to tak zwany dzień wolny... czyli pozamykali sklepy i komunikacja miejska jeździła jak w święta... Dziś po prostu musieliśmy mieć lepszy dzień...

W Gruzji sklepy działały, a komunikacja jeździła jak zwykle czyli na wycieczkę do Uszguli należało sobie zamówić marszrutkę i wyruszyć. Zamówiliśmy tego, który nas woził do i z Lezgary, należało mu się za pomoc przy „dogoworach” z przewodnikiem. Jedziemy.. Dystans: 46 kilometrów, zapowiedziany czas jazdy: trzy godziny... Ooooo... Yyy???

[Po drodze do Uszguli] No tak, teraz już nie przesypiam malowniczych zakrętów. Ani na początku, kiedy droga jeszcze w sumie jest cywilizowana, ani w środku, kiedy zaczynam się zastanawiać, czy to dobrze, że wszyscy fotografowie skupiają się po jednej stronie busa fotografując wąwóz z rzeką... No owszem, przepaścistości tej okolicy odmówić nie można. Po drodze mamy widoki na niektóre stareńkie cerkiewki (nie ma czasu! Potem zamkną most! Wprawdzie nie wiem, o co chodzi z tym zamykaniem mostu, ale rzeczywiście na jeden z mostów wjeżdżało się po jakimś dziwnym odmykaniu jakiejś bramy), mamy jakieś osiedla i przysiółki, mamy odbicie drogi, jak się potem okaże, pod Tetnuldi (które to Tetnuldi pozostało w niektórych głowach jako cel niespełniony), mamy ze dwa razy wysiadanie z busa, by ten mógł przejechać przez trudne miejsca (jechał z nami na wszelki wypadek pomagier kierowcy, poza tym z góry było zastrzeżone, że najlepiej by było, gdyby nas pojechała tylko siódemka, bo różnie może być, ale 11 pasażerów też kierowca zaakceptował), mamy wreszcie tę najwyżej położoną europejską wioseczkę, pełną baszt, krów, świń, no i marszrutek z turystami. W głębi doliny piętrzy się masyw Szchary, na jego tle kolejna cerkiewka, nad nami te baszty, częściowo zrujnowane, to wszystkie jakieś świetliste i urokliwe, ech, dobrze, że to już nie czasy filmów 36-cioklatkowych...

[Cerkiew na tle masywu Szchary] Co jest w Uszguli? Jest owa cerkiew, do zwiedzania, tylko trzeba poczekać na kogoś z obsługi, kto cerkiew otworzy, a „uspodnionym” paniom wręczy nibyspódnice do przepasania się. Przy cerkwi - cmentarzyk, z charakterystycznymi nagrobkami z wyobrażeniami zmarłych i miejscem na poczęstunek. Również przy cerkwi - malutki chlewik dla kilku świnek. Te akurat obiekty są już za wsią, wprost na tle oszałamiającego masywu Szchary. Jeden ze szlaków prowadzi na tamtejszy lodowiec, niestety nie mamy na to czasu - szkoda. Może kiedyś?

["Stare" Uszguli] Przed właściwą wioska jest jeszcze jeden przysiółek jakby - wygląda jak stare, opuszczone Uszguli. Nie mieszka tam już chyba nikt, w tym zbiorowisku ruder, tym bardziej w tych basztach, zwłaszcza że niektóre tylko od strony głównej drogi sprawiają wrażenie baszt pełnych, od drugiej strony natomiast ukazują tylko wspomnienie po ścianach, grożące posypaniem głów kamieniami. Fotografowanie się tuż u ich stóp wymagało właściwie pewnej dozy odwagi. I tylko krowy spacerują wśród tych ruin statecznie, wylegują się w cieniu (pomimo wysokości nie można narzekać na chłodek) i użyźniają i tak już żyzne wioskowe dróżki. Łaj not?

[Jeden z eksponatów muzeum] W głównej części Uszguli jest muzeum tak jakby regionalne, dwie dziewczyny objaśniają wszystko w czystym angielskim, szkoda tylko, że jakoś nam wewnątrz światło w którymś momencie zgasło. Jest również muzeum tak jakby historyczne, w jednej z baszt – niestety nie wolno w nim fotografować, a niektóre eksponaty naprawdę są zachwycające, do tego stare jak tutejsza cywilizacja. Jest kilka hosteli i miejsc typu kawiarnio/restaraucjo/jadłodajnia, tak w każdym razie wnioskujemy z szyldów i innych napisów. Nie ma kawiarenki internetowej...

W drodze powrotnej (kierowca pogania, bo znów ta kwestia zamykanego mostu, cokolwiek by to miało znaczyć) zatrzymujemy się jeszcze przy jednej nadrzecznej baszcie, możliwej do spenetrowania. Wspinamy się po ułomnych drabinach na kolejne podesty, wszystko to zakurzone, opylone, ale jest frajda!

Dzień 6.

Może trzeba zacząć odliczać?

[Sanie jadą po siano.] Skoro chwilowo nie mamy przewodnika na BG, to pójdziemy sobie na małą wycieczkę – może zoczymy jakąś cerkiewkę (stareńką, rzecz jasna), może wejdziemy na grzbiecik. No to w drogę. Idziemy koło lotniska, ależ maleństwo, jeszcze mniejsze niż to lokalne w Narviku, idziemy dalej, dłuuuga ta Mestia, wreszcie skręcamy na polną drogę wśród łąk, łąki sprawiają wrażenie, jakby je ktoś potraktował kosiarką rotacyjną... a nie, to jest efekt koszenia ręcznego, rany, żebym ja potrafiła tak skosić! Kosiarze majaczą gdzieś niedaleko, my urządzamy maleńki pikniczek, ruszamy dalej, kombinując jak przejść potoczek... Efektem prób znalezienia drogi jest pogubienie obu Jacków, uskutecznienie drugiego pikniczku, przyjazne rozmowy z tubylcami („Ej, Wy na BG? To blisko... 6-7 godzin...), wreszcie odnalezienie mosteczka, tzn. dwóch bali i droga w kierunku grzbieciku. Mieliśmy tylko wyjść na grzbiecik powyżej granicy lasu, bo na główny szczyt grzbieciku nie mieliśmy już czasu, no tak, ale... Ale ostatecznie wychodzimy na kolejną bambułę. Miał być lajcik, a  skończyło się na 1360 metrach przewyższenia, i to z małymi zapasami wody. Auuu!

[Czy jest tam zejście?] Sporo atrakcji dostarcza nam powrót. Najpierw się wszyscy zarzekali, ze wracamy tą samą droga, a potem... Potem wrócił nią tylko jeden z Jacków, cała reszta dała się namówić drugiemu Jackowi na powrót „ścieżką, która tam niżej jest”. Hehe :)

Ostatecznie ścieżką nie-ścieżką, ale schodzimy. Dopadamy wody, żłopiemy. I zaczyna się dłuuuga droga w dół, wzdłuż strumienia, potem jakimiś znów grzbiecikami, łąkami, w gasnącym już świetle, we wspaniałej kolorystyce zachodu, z ochmurzoną Uszbą po prawej i czekającym jeszcze nas nas Bangurianim za nami. Wreszcie „normalne” znaki szlaku turystycznego do Mestii, wreszcie Mestia i...

[Nocna Mestia] I kolejne próby znalezienia przewodnika na BG. Alternatywy:
1 – głuchy staruszek z zięciem, gość naprawdę schodził te góry, ale wiek już nie ten. No i musielibyśmy płacić za dwóch...
2 – jakiś nastolatek, nie bardzo wiedzący, o czym mówi...
3 – może nasza gospodyni znów kogoś znajdzie?
 

Dzień 7.

Już bliżej niż dalej – zdecydowanie! Nadal nas trzymają gruzińskie klimaty... deszczowe.

[Uszba od strony jeziorka Meziri] W kwestii przewodnika gospodyni znalazła kogoś absolutnie za drogiego, nie mamy zamiaru wydawać aż tyle. Zapada decyzja: jedziemy pod Uszbę. Zatrzymamy się w Mazeri (znów drogą skojarzeń ktoś chrzci tę miejscowość jako Maserati, niech będzie), a potem albo podejdziemy sobie kawałek pod ową Uszbę, albo może na przełęcz Beczo, do Kabardyno-Bałkarii, o, tu mi się przypominają czasy turkologiczne, o Kabardyno-Bałkarii to ja się przecież uczyłam jeszcze zanim się ludzie dowiedzieli, że w ówczesnym ZSRR żyje około 30 ludów plus minus tureckich. No to niech będzie to Beczo. Tylko że tam chyba potrzebne jakieś zezwolenia, strefa nadgraniczna i to z takim sąsiadem... Część naszej ekipy udaje się więc na policję zasięgnąć języka. Oj, niestety, nie takie to proste. W końcu udaje się dowiedzieć, że nic nie wiadomo – różne policje mówią różne rzeczy, ostatecznie jedziemy do Mazeri bez pozwoleń, najwyżej nie dojdziemy nigdzie daleko.

[Po drodze - jedna ze stareńkich cerkwi w Latali] Wiezie nas jakiś wesoły kierowca, który już od razu otrzymane od nas pieniądze przeznacza na zakupy piwne w sklepie po drodze. Byle się nie raczył w trakcie jazdy... Jest stąd, ze Swanecji, wielokrotnie podkreśla, ze tu dla niego „wszyscy swoi”, gdy już skręcamy z głównej drogi w stronę Mazeri, pokazuje nawet dom swojej matki. Zanim to jednak nastąpi, oglądamy jedną z cerkiewek w Latali – czy muszę dodawać, że stareńkich? Oczywiście jest też przy niej cmentarzyk, na nim tradycyjne tu groby ozdobione wyobrażeniami zmarłych osób, jak również, na niektórych, ślady poczęstunku, ot, tradycja.

Kiedy dojeżdżamy do Mazeri, pogoda już jest znów ustabilizowana – leje jak z cebra. Naszemu kierowcy udaje się znaleźć dla nas nocleg, wygląda sympatycznie i właściwie jedyne obawy budzi wychodek... Oj... Ale co tam, ostatecznie nie ma zakazu zatykania nosa w wychodku!

[Przy śniadaniu] Natomiast gospodynie są bardzo miłe, dwie siostry, Megi i Londa, później okażą się też wyśmienitymi kucharkami. Pokoje są obszerne, a choć łóżka mogłyby być wygodniejsze, to przecież to też jest nieistotny szczegół. W każdym razie są dwa domy z czetrema pokojami, więc się bez problemu mieścimy, jest ogród, jest woda bieżąca na zewnątrz (a takiej dodatkowej umywalki brakowało nam bardzo w naszej kwaterze w Mestii), są upiornie strome schody przypominające raczej drabinę, którymi trzeba się dostawać na poziom mieszkalny czyli na piętro, są tradycyjne werandy chroniące przed deszczem (na szczęście!), jest tradycyjna susząca się na werandach kolendra (smak kolendry będzie mi się teraz długo kojarzył z tradycyjną swanecką sałatką pomidorowo-ogórkową). Są gościnni tubylcy (siostry mają jakichś braci, zaczynają się wspólne biesiady i oczywiście słynne gruzińskie toasty - nas w konkurencji toastów reprezentuje jeden z Jacków i całkiem dobrze mu to wychodzi), gospodynie serwują racuszki, uch, niebo w gębie, paluszki lizać, te racuszki będą mi się śniły do końca pobytu, a i potem jeszcze troszkę… W dodatku tego dnia dwóch naszych Jacków obchodzi imieniny, impreza się rozkręca... 

Dzień 8.

[Odwrót znad bezmostowej rzeki] Nie wiadomo, co nam po głowie chodziło... bo ścieżkowanie normalne z głupoty porzuciwszy ku ścieżkowaniu nienormalnemu się udaliśmy. A mówili koledzy z grupy uszbijskiej, że most jest tam na dole, jeśli chcemy pod lodowiec czy tam pod wodospad, to tamtędy, to nie, to my nagle wierzymy gruzińskiej mapie i idziemy sobie drogą po „naszej” stronie rzeczki. No to dochodzimy... Do malowniczego miejsca z widokiem na rzeczkę i bez żadnych widoków na jej przekroczenie. Odwrót...

Drugą stroną rzeczki nie chce nam się iść z powrotem w stronę Uszby i Beczo. Trudno, pójdziemy sobie w kierunku jakiegoś jeziorka Meziri, jest szlak, powinno być fajnie. Po drodze jest zresztą Grand Hotel Uszba, możemy tam zapytać o szlaki...

Nie wiem, jak poszło pytanie o szlaki, wiem, jak poszło pytanie o duże kufle z piwem i o kieliszki z winem.

[Po drodze do Meziri - na schodkach Grand Hotelu Uszba] Szlak do jeziorka owszem, jest, nawet nieźle oznaczony, chociaż zarośnięty. Oczywiście dopada nas deszcz, część ekipy zresztą odmawia dalszej drogi w czasie deszczu, w końcu to są wakacje! Koniec końców wszyscy do jeziorka dochodzimy. Do jeziorka z widokiem na cerkiewkę. Prawdopodobnie stareńką. I z widokiem na Uszbę. Oj, jeszcze starszą...

Wieczorem, po powrocie nawiązuję bliższe znajomości z siostrami-gospodyniami. Wypytuję o język, owszem, rozmawiają tu po swanecku, nie po gruzińsku - proszę więc o próbkę tego języka i dowiaduję się, jak powiedzieć "dziękuję". O nie, to zupełnie nie przypomina gruzińskiego "madloba", to jakieś "iłasucheli", jakkolwiek pierwsza moja próba powtórzenia tego słowa wywołuje wybuch śmiechu gospodyń. Oj.

Dzień 9.

[Knajpa jeszcze swanecka. Smaczna.] Deszcz - więc zbieranie, pakowanie, śniadankowanie i sprzątanie zajmuje mniej czasu, bo i motywacji do pozostawania nie ma. Śniadanie znów przypomina obiad, są pieczone ziemniaczki, jest jakiś kurczak w sosie, są chaczapuri, mniam!  Ale to nas nie zatrzyma – Morze Czarne wzywa, może dla odmiany pomokniemy tam. Przenosimy się do Kobuleti – to w pobliżu Batumi, ale mniejsze, nie tak zatłoczone, może mniej komercyjne, w każdym razie na to się decydujemy. Wiezie nas kolejny kierowca kolejnej marszrutki, który przy okazji wiezie tez swoją żonę i córkę. Po drodze oczywiście obowiązkowy postój w knajpie – to jeszcze Swanecja, potem już kuchnia się zmieni. Za oknami – leje, I to się już może nie zmienić…Po drodze też bazar w Zugdidi, trzeba kupić co nieco, chleb na przykład, albo i czaczę, albo po prostu wino – żona kierowcy uprzedza, że tu będzie najtaniej. Faktycznie, teraz dopiero widać, jak droga była Mestia. A i Batumi podobno nie najtańsze. No to obkupujemy się w Zugdidi. Wyjątkowo nie leje.

Kobuleti wita nas deszczem... No nie, to już się staje nudne... Żałujemy zwłaszcza ekipy uszbijskiej, jak im tam w namiotach na lodowcu, mają niby jakiś zapas czasowy, ale przecież nie może im lać tyle dni! Mogło.

Dzień 10.

[Takich rybek zjedliśmy cztery kilo, w dziesięć osób. Potem jeszcze trzy kilo muli.] Chyba wyjazd dobiega końca... Podobno do Krakowa wróciły upały, czyli już jest tak, jak kiedy jeszcze tam byłam. W Kobuleti upałów niet, po południu decydujemy się na wycieczkę do Batumi (leje) i do knajpy rybnej (leje). Ciekawostką knajpy jest to, ze najpierw należy sobie przynieść wybrane rybki z sąsiedniego bazarku... Rybek kupujemy sporo, do tego dochodzą mule, oj, ciężko będzie to przejeść, ale jakoś się udaje. Potem droga w deszczu do domu, potem kupowanie pamiątek wyjątkowo bez deszczu, potem kąpiel w morzy dla odmiany w deszczu, oj. Morze jest nieco rozfalowane, przybój zrywa koledze sandał z nogi, ale potem go wyrzuca i jakoś go znajdujemy, plaża oczywiście wyludniona, tylko my się upieramy, że przecież trzeba się zamoczyć nie tylko deszczem!

Człowiek myślami już jednak błądzi po lotnisku - czy aby na pewno zdążę na lotnisko? No przecież muszę zdążyć, prawda?

Dzień 11. – ostatni.

[Tbilisi nocą nabiera uroku.] Marszrutka zabiera nas z Kobuleti. Chociaż świeci słońce, a niebo nad plażą jest cudownie błękitne. Po drodze jeszcze zakupy w „normalnym” ludzkim sklepie z fajnymi cenami win gruzińskich, po drodze zwiedzanie Gori (nie napiszę, czyje tam jest muzeum, bo nie), jedzenie szaszłyków (nie ma już oczywiście swaneckich kubdari), widoki osiedli dla uchodźców, przydrożna sprzedaż ceramiki, wreszcie Tbilisi. Problemy z przechowaniem bagażu na lotnisku (brak jakiejkolwiek oficjalnej przechowalni, odbywa się to tak, że podjeżdża gość, ładuje bagaże do swojego auta i je wywozi w siną dal, a opłata wynosi 10 lari od sztuki), problemy z sensownym autobusem do/z miasta (ostatni autobus z miasta w kierunku lotniska odjeżdża około 23-ej, metro już też o tej porze nie działa, co dla osób wylatujących o 4.50 nie jest fajne), zakupy gruzińskiej muzyki (40 minu w sklepie z muzyką) i ostatnich gruzińskich przysmaków, rzut oka na oświetlone nocne zabytki. Stareńkie.

[Niektórzy śpią na lotnisku...] Wracamy na lotnisko. Niektórzy śpią na podłodze, inni zaglądają jeszcze po pamiątki – osiołki, kubeczki, widokówki. Tylko znaczków nie uświadczysz… Przez cały pobyt nikomu z naszej grupy nie udało się kupić ani jednego znaczka, wysłać ani jednej kartki. Wszystkie przyjechały „nami”. I – przynajmniej moje – doczekały się polskich znaczków i wrzucenia do polskiej skrzynki.

Samolot, Okęcie, samolot, widok Kopca Kościuszki z lotu ptaka, Balice. Wróciliśmy.