Wspomnienie o Ani i Bogusiu Frydryszakach

Dlaczego?
Na to pytanie, które od tego przeklętego niedzielnego popołudnia zadajemy sobie wszyscy nie ma chyba dobrej, satysfakcjonującej odpowiedzi. Bardzo chcemy wierzyć że gdzieś jest Bóg, Opatrzność, Przeznaczenie który nadaje sens temu wszystkiemu co się stało. Jednak nawet wtedy nie potrafimy zrozumieć, pogodzić się z tym że ten Bóg, Opatrzność, Los zabrał nam przyjaciół tak wcześnie...

Poznałem Anię i Bogdana 25 lat temu na kursie przewodnickim, od tego czasu nasze drogi - górskie ale także te na nizinach splotły się mocno, wydawało się że nierozerwalnie...Miałem zaszczyt uważać się za ich przyjaciela. Góry były dla nich zawsze bardzo ważne, może nawet najważniejsze, znajdowali w nich odskocznię, odreagowanie od pracy zawodowej którą oboje traktowali bardzo poważnie i odpowiedzialnie. Nie związali się z górami zawodowo - Ania wkrótce po zdobyciu uprawnień przewodnickich rzuciła się w wir pracy zawodowej , została jednym z najlepszych krakowskich adwokatów i nie miała czasu, a zapewne i ochoty żeby zarabiać w górach pieniądze.

Z kolei Boguś nie skończył kursu bo nigdy nie zależało mu na papierkach czy uprawnieniach- jednak swoją wiedzą, doświadczeniem a przede wszystkim ogromną odpowiedzialnością za współtowarzyszy górskich wędrówek przewyższał wielu utytułowanych, obwieszonych błyszczącymi "blachami" przewodników. Ta odpowiedzialność za innych, przedkładanie ich bezpieczeństwa nad własne towarzyszyła mu zresztą do końca, aż do tragicznej lawiny pod Koszystą. Oboje traktowali góry jako przestrzeń wolności, razem zdobywali Mont Blanc, Ararat czy Kilimanjaro... Ale góry nie były dla nich wartością samą w sobie, miejscem samotnych metafizycznych przeżyć - zresztą wyobrażam sobie minę Bogusia gdy mówię o metafizycznych przeżyciach w jego kontekście, to na pewno nie było w jego stylu... Góry były dla nich także, a może przede wszystkim miejscem spotkań z przyjaciółmi - a przyjaciół mieli wielu co widać było choćby na ich pogrzebie... Dlatego zawsze wędrowali po Tatrach, Alpach, górach Kurdystanu czy Afryki z przyjaciółmi i razem z nimi przeżywali radości i trudy tych eskapad… Ale przede wszystkim wędrowali razem ze sobą - ich związek był dla nas wszystkich czymś co podziwialiśmy i czego im zazdrościliśmy. Ich małżeństwo, ludzi pozornie tak się między sobą różniących, tak do siebie pozornie nie pasujących było jednym z najlepszych, jeżeli nie najlepszym ze znanych mi związków. I dlatego choć dla nas - bliskich i przyjaciół o wiele łatwiej byłoby gdyby nie odeszli od nas razem, gdyby choć jedno z nich zostało z nami, to sądzę że dla nich życie bez drugiej połówki byłoby chyba niemożliwe do zniesienia..

W tę niedzielę 13 marca 2011 roku byli w górach, byli z przyjaciółmi i byli razem - aż do końca... I choć dla nas, przez nich osieroconych - bo nie potrafię znalezć lepszego słowa na pustkę jaką wśród nas zostawili swoim odejściem - nie jest to zapewne wystarczające pocieszenie to wierzę, jestem pewien że właśnie dlatego odeszli szczęśliwi, w jakiś sposób spełnieni... Chcę także bardzo mocno wierzyć że nie jest to ostateczne pożegnanie, że kiedyś spotkamy się z nimi gdzieś tam, wysoko... 
Aniu, Bogusiu- do zobaczenia Przyjaciele, zajmijcie mi tam jakieś fajne miejsce z widokiem na góry...

Tomek Nodzyński